piątek, 23 grudnia 2016

Bożonarodzeniowe życzenia i świąteczny asamblaż!




Lubię Święta Bożego Narodzenia. Mimo iż, delikatnie mówiąc, nie jestem osobą zbyt religijną (nie zdecydowaliśmy się do tej pory na ślub kościelny- tak, tak! nie skusiła mnie nawet wizja mnie samej w tej pięknej białej sukience księżniczki ;)) jest w tych świętach tyle ciepła, tyle miłych wspomnień z dzieciństwa, że nie mogłabym pozbawić tego własnych dzieci. Może nie wyrosną na takich racjonalistów jak ja? Lubię swoją rodzinę! Na co dzień mieszkamy daleko od siebie, więc tym bardziej doceniam czas spędzony z osobami bliskimi. Święta z czasów mojego dzieciństwa to dom lśniący czystością, pyszne kuchenne zapachy, czas spędzony w towarzystwie dziadków, wujków, cioć i kuzynów. Nie ma jednak we mnie przymusu, żeby wszystko było na tip-top. Owszem, przetrzepałam dokładniej niż zazwyczaj chałupę, zaczęłam od umycia okien, a potem... to już poszło- okap kuchenny, kąty za lodówką, pralką i pod kanapą, a także żyrandole i szczyty szaf naprawdę tego potrzebowały. W moim przypadku takie gruntowne porządki mają charakter terapeutyczny- oczyszczają mój umysł ze złej energii, a szafy z niepotrzebnych klamotów ;P Przed świętami nie spotkacie mnie biegającej po centrach handlowych w poszukiwaniu podarków, prezenty kupuję wcześniej, przy okazji, mimochodem, a najczęściej są to książki (mnie samej największą przyjemność sprawiały w dzieciństwie książki, które dostawałam w prezencie od mojej Chrzestnej :)). Na blogach, jak co roku, można było oglądać piękne kalendarze i wieńce adwentowe, ale w mojej rodzinie nie było takiej tradycji i nie mam w zwyczaju ich przygotowywać. Z wielką radością natomiast wraz z Synkami przystroiliśmy choinkę prawdziwymi, szklanymi bombkami z mojego rodzinnego domu, aby Święty Mikołaj miał gdzie zostawić prezenty! Mój dom nie pachnie też bigosem ani piernikami. W ciągu sześciu lat populacja garnków, rondli i patelni w naszym mieszkaniu spadła tak drastycznie, że niedawno musieliśmy udać się pilnie na zakupy, gdyż groziło nam, że nie będzie w czym ugotować pomidorówki, ani na czym usmażyć schabowego- ciągle przypalałam mleko, sosy i kotlety. Perspektywa 12 dań przyrządzonych przeze mnie na Wigilię wygląda więc wyjątkowo marnie... Na szczęście, wyjeżdżamy na święta do moich Rodziców. Odkąd kilka lat temu, 5 minut przed Wigilią, pokłóciłam się z Mamą nad patelnią z przypalonym karpiem, (bo nie wyrobiłyśmy się z zaplanowanym przez nią menu), ma ona kategoryczny zakaz przygotowywania ton jedzenia, które potem odgrzewane jest, aż do święta Trzech Króli! Moja kochana Siostrzyczka, która w przeciwieństwie do mnie, uwielbia gotować (a nie znosi sprzątać) zadba o jakość, a nie ilość dań, które pojawią się na świątecznym stole.  Na co dzień dzieli nas 400 km, ale moim marzeniem jest przeprowadzka nad morze i może za kilka lat przed świętami ja będę u niej sprzątać, a ona u mnie gotować ;P Nie dla mnie są też dekoracje bożonarodzeniowe w stylu amerykańskiej projektantki wnętrz Rebekki Robeson (no wiecie cały ten american glam!) dlatego, oprócz malutkiej żywej choinki, jedynie na szybach okien w naszym mieszkaniu pojawiły się delikatne białe, iskrzące srebrnym pyłem  naklejki w kształcie śnieżynek- niech chociaż taki śnieg spanie nam na święta! Ach! No i jeszcze mój świąteczny asamblaż!












Asamblaż w sztuce (fr. assemblage - gromadzenie, zbieranie, zbiór) kompozycja z przedmiotów gotowych, stanowiących rodzaj trójwymiarowego kolażu. Dzieło powstaje z przedmiotów, które nie są stworzone przez autora, ale jedynie przez niego użyte, czasem także specjalnie spreparowane czy przystosowane. Asamblaż jest otwarty na wszelkie materiały, ich zestawienia i połączenia. Poszczególne fragmenty dzieła mogą być ze sobą sklejone, związane, umieszczone we wspólnym pojemniku, luźno położone, zawieszone. W asamblażu artysta zestawiając ze sobą  różnorodne przedmioty nadaje im całkiem  nowe znaczenie.

W Polsce pierwszym artystą tworzącym asamblaże był Władysław Hasior. Poszukując interesujących linków o jego życiu i twórczości trafiłam na fantastycznego bloga o sztuce, którego autorką jest Justyna Stasiek- Harabin.  Wszystkich, których sercu bliska jest Minerwa- rzymska bogini sztuki i rzemiosła zapraszam na jej bloga laminerva.pl, a artykuł o Władysławie Hasiorze przeczytacie tutaj.



Życzę Wam wesołych, ciepłych, zdrowych Świąt spędzonych w gronie kochanych przez Was osób! Niech (s)pokój będzie z Wami ;P







piątek, 2 grudnia 2016

Apetyt na więcej!




W poprzednim poście przyznałam się Wam do sympatii dla stylu glamour, w początkach urządzania naszego mieszkania. W związku z pojawieniem się nowej i mniejszej komody vintage oraz rosnącej ilości książek, dla których zaczyna brakować już miejsca w regale- postanowiłam zrobić porządek  z gazetami wnętrzarskimi. Jeśli miałabym się przyznać do jakichś uzależnień, to są to: sen, słodycze i czasopisma o wnętrzach ;P Przez kilka lat uzbierało się tego sporo... Od czasu do czasu robiłam jakąś delikatną selekcję i wyrzucałam mniej lubiane, lub przypadkowo kupione tytuły. Obowiązkowo każdego miesiąca kupuję "Dom i wnętrze", "Dobre wnętrze", "Elle Decoration" oraz "Werandę". Mogłabym kupić za te wydane pieniądze sporo książek o sztuce, architekturze, wnętrzach, designie... Książki nie są anonimowe, doskonale potrafię sobie przypomnieć co i gdzie w każdej z nich znajdę, a czasopisma "wyparowują" z mojej głowy natychmiast po odłożeniu na bok. Zajrzałam do kilku najstarszych egzemplarzy w mojej kolekcji i co się okazało? W numerach wydawanych przed 2010r. królował styl glamour! Z trudem można znaleźć stronę, na której nie prezentowano by kryształowego żyrandola, efektownych dekoracji i błyszczących mebli. Pojawiały się we wnętrzach klasycznych, prowansalskich, rustykalnych i art deco! Popularny był też styl nowoczesny tzw. "hotelowy"- paskudne, anonimowe beżowo-brązowe coś! 
Już wiem skąd u mnie ten glamour! Nie mając jeszcze wyrobionego własnego gustu uległam modzie. Nieświadomy siebie konsument jest bardzo podatny na sugestie speców od reklamy. Nawet jeśli nie masz pieniędzy na modny i drogi skandynawski design, urządzasz się w tym stylu. Wystarczy pójść do Pepco- no nie ma siły, żeby czegoś nie kupić, gdy półki wypełnia skandynawski design made in China. Dlatego uważajcie z modnymi gazetami!
Wróćmy jednak do teraźniejszości. W łazience mieliśmy niezagospodarowaną wnękę. Ciągle powtarzam, że jedną z najważniejszych spraw przy projektowaniu mieszkania jest kwestia przechowywania- rzadko kto z nas jest w stanie zmieścić swój dobytek w jednej walizce, a z wiekiem i wraz z rosnącą ilością członków rodziny, staje się to po prostu niemożliwe! Wnęka w korytarzu, tuż przy łazience, pozwoliła wyeliminować pralkę, jako element wyposażenia łazienki, co miało ogromny wpływ na jej wygląd, ale o szafce nie pomyślałam. Dopiero niedawno kupiłam niedużą i niedrogą szafkę. Wiercenie dziur, w twardym jak skała gresie, trwało tydzień! Kosztowało to nadwyrężony bark mojego męża i kilka spalonych wierteł. Półeczka wisi, ale pojawił się kolejny problem! Oprócz dwóch zamykanych drzwiczkami części, po środku znajdują się dwie nieduże półeczki o wymiarach 30cm/20cm/20cm ( wys./szer./gł.). Ponieważ należę do tych wariatek, dla których kosmetyki nie są dekoracją łazienki, rozpoczęłam poszukiwania czegoś, co mogłoby  w ładny sposób wypełnić tę przestrzeń. Łazienka przechodzi obecnie delikatny lifting. Czarny żyrandol z kryształami zdobi już łazienkę należącą do kogoś innego, a ja oczekuję na nową, drucianą lampę. Nie da się radykalnie zmienić charakteru łazienki, musi ona pozostać klasyczna i elegancka, ale postanowiłam nawiązać nieco do stylu Hamptons. Takie też dekoracje chciałam znaleźć. Zanurzyłam się w odmęty internetu w poszukiwaniu czegoś na stojaku- taki patyczek z podstawką. Myślę sobie: może muszla, może koralowiec, ryba, mewa... I NIC!!! Za duże, za drogie, niedostępne... Straciłam cały dzień na absurdalnych poszukiwaniach jakiegoś duperela!! Wkurzyłam się na siebie okrutnie- w ten sposób, to ja nigdy niczego w życiu nie skończę! Jesteśmy często jak te osiołki, którym w żłoby dano i znalazły się w sytuacji patowej- nie potrafią dokonać wyboru! Nie ważne zresztą czy nabywam coś szybko, czy poszukiwania trwają długo- i tak prędzej czy później trafiam na coś odpowiedniejszego.
Przybijcie piątkę jeśli i Wam ten świat wydaje się czasami niedorzeczny... I to na co trwonimy nasz czas, na gonieniu przysłowiowego króliczka. Lepsze jest wrogiem dobrego. "Uwielbiam zmiany"- czyli nie żyjesz w teraźniejszości! Życie płynie nawet bez zmian, więcej- samo z siebie oferuje ciągłe zmiany! Przybyła Ci zmarszczka, synowi wypadł pierwszy mleczny ząb, jest lato a potem nagle zima...  Czy jesteś przez to ważniejszy, że pokazujesz, jak to przesz do przodu- jak czołg? Oferując ciągle coś nowego, coś innego, byle wyprzedzić stado depczące Ci po piętach... Więcej, lepiej, drożej... Napisałam to w trzeciej osobie, ale ten tekst dotyczy oczywiście mnie samej, niech nikt więc nie czuje się urażony! To dla Was Moi Drodzy Czytelnicy (i Koleżanki Blogerki) ten teatr, bo bez Was czuję się nieważna... Prowadzenie bloga wnętrzarskiego niejako obliguje do ciągłych zmian, aby być dla Was ciągle atrakcyjnym. Czasami jestem bardzo zmęczona i chciałabym napisać po prostu co u mnie słychać, a nie pokazać kolejny gadżet. Albo pomóc Wam rozwiązać jakiś domowy, projektowy dylemat- piszcie do mnie! Wtedy to całe gadanie o urządzaniu będzie miało mniej samolubny wymiar. Właściwie, to zboczyłam z drogi, bo zaczynałam pisać bloga z intencją, że chcę pomagać innym, a nie pokazywać urządzanie swojego mieszkania...
Niedawno usłyszałam teorię,  że cały ten konsumpcjonizm to wina cukru! Cukier stał się powszechny w diecie współczesnego człowieka dopiero w pierwszej połowie XIXw.(!) Wszyscy kojarzymy ten moment, gdy po włożeniu do ust kostki czekolady, nasz mózg zalewa fala endorfin! Tego samego oczekujemy od życia, tej natychmiastowej gratyfikacji, widzę piękny przedmiot i od razu "cieknie mi ślinka", chcę go mieć! Już! Teraz! Dziś! W końcu jestem tego warta/y! Szczyt tego absurdu dostrzegam w amerykańskich programach, tam to dopiero ludzie mają głowy zryte przez kasę! Oglądałam ostatnio program "Transakcje za milion dolarów- Nowy Jork". Wymuskany do granic możliwości agent nieruchomości, oprowadzał po lofcie za 6 mln. dol. w dzielnicy Tribeca (zamieszkiwanej przez wiele sław) panienkę z gatunku Barbie z całą świtą przyjaciółek. Pokazywała mu w telefonie zdjęcie swojego pieska- zapewne jakiegoś wampirycznego Chichuachua. Na kuchnię ledwie rzuciła wzrokiem informując przy tym agenta, że w kuchni nie bywa, gdyż ma prywatnego kucharza i służbę do sprzątania. Entuzjazm w głosie tegoż sprawił, że opatrzyła to dodatkowo komentarzem- "Wiem, wygrałam życie". Jak widać na rozum nie starczyło już pieniędzy!



W tym miejscu pozwolę sobie zacytować słowa Docenta Zenobiusza Furmana (kto nie zna ten trąba!):
"Ach, nieważne... Napijmy się!"
 Ja herbatki, a Wy czego tam chcecie- w końcu mamy już weekend!
 ;P



PS. Ponieważ nie znalazłam dekoracji na stojaku, postanowiłam zrobić ją sama, zamówiłam w internecie ceramiczne rybki, do których dorobię stojak. Znikam...







poniedziałek, 28 listopada 2016

Panna Migotka


No dobrze, przyznam się Wam do czegoś... 6 i pół roku temu chciałam urządzić mieszkanie w stylu modern glamour- te wszystkie błyszczące powierzchnie, kontrast bieli i czerni, ciemne drewno, żyrandole z kryształami... Hmm, obecnie styl glamour jest najmniej lubianym przeze mnie stylem (bo nie mogę powiedzieć, że jakiegoś stylu zupełnie nie  lubię ;P). Pomijając jednak kwestię gustu, jest jeszcze jeden powód, dla którego absolutnie go nie polecam, a o którym już kiedyś wspominałam: "WSZYSTKO CO BŁYSZCZĄCE I CZARNE JEST CHOLERNIE NIEPRAKTYCZNE, A JUŻ NAJPRAWDZIWSZYM KOSZMAREM JEST COŚ CO JEST JEDNOCZEŚNIE BŁYSZCZĄCE I CZARNE". Możesz sobie urządzić wnętrze glamour i będziesz zadowolona/y jeśli: 

1. uwielbiasz sprzątać,
2. mieszkasz w pałacu i stać cię na zatrudnienie "Marysi",
3. nie masz dzieci,
4. uważasz, że dom to nie muzeum i bałagan jest czymś czym nie trzeba się stresować. 

Niestety żadne z powyższych nie dotyczy mnie... Dlatego już od kilku lat latam na przysłowiowej miotle, a i tak nigdy nie jestem w stanie ogarnąć czarnej błyszczącej szafki podumywalkowej, czarnego błyszczącego blatu kuchennego, grafitowej gresowej podłogi i ciemnego stołu...  

Teraz kolejna moja mądrość: "NIGDY NIE MÓW- NIGDY, I NIGDY NIE MÓW- ZAWSZE"

Stosując się do obydwu powyższych zasad, w naszym mieszkaniu pojawił się nowy mieszkaniec- biała szafka rtv high gloss (do zobaczenia tutaj wraz z resztą salonu) została zamieniona na komodę vintage- ciemnobrązową i na wysoki połysk ;P No tak- to, że ja sobie coś wydumam w mojej głowie w najdrobniejszych szczegółach nie znaczy, że potem coś takiego znajdę... I tym sposobem udało mi się znaleźć komodę o nietypowych wymiarach (122x67cm), ale wcale nie matową i nie jasną... Ten odcień gorzkiej czekolady jest naprawdę zachwycający, jednak gruba warstwa błyszczącego lakieru w ogóle do mnie nie przemawia. Nie zdecydowałabym się na ten zakup, gdyby nie te wpisy Małgosi na jej blogu odnawialnia: "jak usunąć lakier chemioutwardzalny" i "PRL na salonach czyli stara komoda z lat 60 w roli szafki rtv". 

No i ruszyła lawina zdarzeń! O ile nad niską, długą i białą rtvką półka Lack prezentowała się ok, tak teraz zrobiło się jakoś ciasno... Myślę więc nad zmianą- bardziej rozbudowana, ażurowa wersja, która pomieściłaby kwiatki w doniczkach i bibeloty, na które u nas naprawdę nie ma miejsca. Nowy stół (powinien dotrzeć tuż przed świętami)- to dopiero będzie nietypowe połączenie z Ghostami, gdyż przeważnie widuje się takie krzesła w towarzystwie stołów rustykalnych, francuskich stołów antycznych lub stylizowanych, albo zupełnie nowoczesnych. Ale wiecie co? Im dalej w las tym mniej się przejmuję "czy coś do czegoś pasuje" i czy "jest w określonym stylu".

Z dwóch rodzajów połączeń: "biel i jasne drewno" lub "czerń i ciemne drewno" zdecydowanie bardziej wolę to drugie, ale ściany chciałabym mieć białe a podłogi bielone, bo uważam, że to jest właśnie idealne tło dla ciemnych akcentów. Obecna podłoga sprawia, że wszystko jest jakby osadzone mocno w ziemi, na jasnej lewitowałoby w powietrzu stanowiąc obiekty do kontemplacji ;P

Kolejna zasada, że "NIE NALEŻY MIESZAĆ RÓŻNYCH RODZAJÓW DREWNA" również mnie nie dotyczy. Powiem więcej- uważam, że należy mieszać, bo tylko wtedy udaje się osiągnąć coś wyjątkowego. Ja mam obecnie merbau, orzech, dąb, teak a jeszcze dojdzie mahoniowy stół  w nowoczesnym wydaniu (absolutnie nie szukałam stołu z tego gatunku drewna- po prostu tak wyszło)!

I chyba przygarnę kolejny dywan! Młodszego brata mojego babcinego egzotyka, również z łódzkiej fabryki Dywilan- leżał 25 lat na podłodze w pokoju dziennym moich Rodziców i jest zdecydowanie bardziej nowoczesny, a ja tylko czekałam na moment, aż Mama zechce się go pozbyć ;)

Na koniec jeszcze zdjęcie Panny Migotki, którą pozbawimy taniego blasku a nadamy jej szlachetnej matowości. Trzymajcie kciuki! :)










wtorek, 22 listopada 2016

Włoska robota- czyli historia o tym, jak zjeść ciastko i mieć ciastko.




Z czym kojarzą Wam się Włochy? Oczywiście z idealnymi wakacjami, podczas których możemy podziwiać piękno kultury antycznej, ale również z modą, luksusowymi autami i awangardowym designem. Włoski design należy do światowej czołówki ponieważ jest oryginalny, zaskakuje formą i materiałami, pozostając przy tym ponadczasowym, wybitnie funkcjonalnym i ma doskonałą jakość. Zapewne jest to wynik tego, że żaden inny naród, tak jak Włosi nie potrafi cieszyć się życiem- wszyscy słyszeliśmy przecież o włoskim temperamencie i zamiłowaniu do dobrego jedzenia. Nic więc dziwnego, że to właśnie Włosi zaprojektowali idealną kanapę z funkcją spania- w sam raz dla mnie ;P

Niewygodna rozkładana kanapa do spania w salonie jest zaletą tylko wtedy, gdy nie lubimy przyjmować gości. Nie trzeba nawet mówić tego na głos- wystarczy, że położymy ich spać a następnym razem głęboko się zastanowią zanim zdecydują się u nas przenocować. Niestety raczej regułą, a nie wyjątkiem, jest niewygoda sof z funkcją spania dostępnych na naszym rynku. Ja i mój M. rozpieszczeni kilkuletnim spaniem w małżeńskim łóżku w rodzinnej sypialni, stanęliśmy przed koniecznością przeniesienia się ze spaniem do pokoju dziennego. Poszukiwania kanapy rozpoczęły się oczywiście od jej wyglądu- miała być to sofa na wysokich smukłych nóżkach, inspirowana latami 60-tymi i stylem skandynawskim. Znalazłam idealną i w dobrej cenie w sklepie Agata Meble- delikatna, zgrabna, turkusowa. Nie spełniała jednak podstawowego warunku- nie nadawała się na małżeńskie łóżko codziennego użytku. No cóż, życie... Musiałam zapomnieć o designie, a skupić na tym co najważniejsze. Informacje o systemach rozkładania kanap w internecie bywają rozproszone i niepełne. Nie będę ich dokładnie analizować, wspomnę tylko o niewygodnych moim zdaniem opcjach takich jak: delfin, który posiadają moi rodzice; klasyczny wersalkowy klik-klak; alternatywny wersalkowy DL; wózek- jaki mieliśmy w naszej pierwszej sofie- twardej jak madejowe łoże; czy też easy lift- jaki posiadała nasza druga kanapa, która już po trzech latach miała na swojej powierzchni ukształtowaną topografię terenu z górami i dolinami uniemożliwiającymi komfortowy sen. 

Skupię się nad najwygodniejszym i moim zdaniem jedynym słusznym wyborze, czyli systemie włoskim i na informacjach o tym, jak odróżnić go od pozornie takiego samego systemu belgijskiego (zwanego też sedak), przez co obydwa są bardzo często mylone.

Zarówno system belgijski jak i system włoski mają budowę podobną do łóżka polowego- jednak stalowa konstrukcja systemu włoskiego jest o wiele masywniejsza i stabilniejsza niż systemu belgijskiego. W jednym i w drugim przypadku powierzchnię spania stanowi materac- jednak w systemie belgijskim jest to cieńszy materac piankowy, a w systemie włoskim- gruby materac ze sprężynami typu bonell. Stelaż na którym położony jest materac najlepiej, gdy zbudowany jest z elastycznych listew, jakie stosowane są w tradycyjnych łóżkach, chociaż w systemie belgijskim często znajdują się mniej stabilne taśmy. Niby to samo a różnica zasadnicza- na łóżku z systemem belgijskim śpi się jak na łóżku polowym (a wiem to na pewno, bo moi rodzice przez wiele lat spali na "belgijce"), a na łóżku z systemem włoskim jak na łóżku sypialnianym.



 To teraz spójrzcie, jak to działa:


























Kanapa rozkłada się tak łatwo i lekko jak żadna z dotychczas posiadanych. Wersja narożna byłaby wyposażona w pojemnik na pościel, jednak dla nas nie stanowi to problemu, ważne było uzyskanie miejsca na postawienie odnowionego fotela 366. Niestety cena kanapy jest o około 1/3 wyższa niż kanap z innymi systemami rozkładania, właśnie przez koszt materaca, który w sobie zawiera, z tego samego powodu jest to kanapa raczej masywna (dlatego wybraliśmy delikatnie szary kolor, który nie przyciąga do niej uwagi) i śpi się dość wysoko- jak na łóżkach na których sypiają Amerykanie. Nasza kosztowała 3800zł, ale nie żałuję tego wydatku, bo wiem, że przez najbliższych kilka lat będę spać po prostu wygodnie. Wspomnę jeszcze może o naszych poduszkach. Nie lubię spać, ani zbyt wysoko, ani zbyt nisko. Całe życie "formowałam" sobie poduszki wielokrotnie w ciągu nocy, a rano często zdarzało mi się wstawać z bólem karku. Mój K. kupił kiedyś poduszkę ergonomiczną w Ikea- oczywiście cena w porównaniu z cenami profesjonalnych poduszek tego typu od razu świadczyła o jej jakości. Poduszka była twarda i nie nadawała się do użytku. Mąż nie zrezygnował jednak z tego pomysłu. Liderem na rynku poduszek ergonomicznych jest Tempur- takie poduszki to wydatek ok. 400-500 zł, ale sprzedawca polecił mu poduszkę włoskiej marki Per Dormire, tańszą o połowę, a niewiele ustępującą jakością. Powiem Wam, że gdy tylko wypróbowałam tę poduszkę, kazałam Mężowi jechać natychmiast po taką samą dla mnie! Już nie budzę się w nocy by poprawić sobie poduszkę pod głową i zapomniałam co to poranny ból szyi.






Przygotowując tego posta przeczytałam w internecie, że aż 80% Polaków sypia tak jak my, na rozkładanych łóżkach w pokojach dziennych. Szczerze mówiąc zdziwiła mnie ta liczba, jeśli to jednak choć w dużym przybliżeniu prawda, mam nadzieję, że moje sugestie pomogą komuś w wyborze komfortowego składanego łóżka :)


PS. Wiecie jaki jest plus spania w salonie? Możliwość oglądania wieczorem w łóżku seriali HBO ;P







środa, 9 listopada 2016

To jeszcze nie koniec... zmiany w salonie i plany na przyszłość.

W mieszkaniu został mi już tylko do wymiany stół i szafka rtv, mogłabym jeszcze wymienić diabelskich synów na anielskie córki, a męża na takiego, który zarabia więcej pieniędzy. Właściwie to 6 lat temu mogłam zacząć właśnie od tego ostatniego, urządzanie poszłoby wtedy jak po maśle ;P

Oczywiście to żart, mojego męża nie wymieniłabym na żadnego innego- jest przystojny, inteligentny, pracowity, bardzo mnie kocha, a i do zakupów jakoś przywykł po pewnej poważnej awanturze. Co do diabłów tasmańskich to są tak śliczni, uroczy i zabawni, że ciągle nie mogę się powstrzymać od ich przytulania i całowania nawet wtedy, gdy na nich wrzeszczę, bo akurat bawią się w tornado!  

Pamiętam, jak wprowadzając się do tych pierwszych czterech kątów myślałam, że po 3 miesiącach zakończę projekt zwany "urządzaniem się", a potem będziemy żyli długo i szczęśliwie! O jakżeż się myliłam... Może nie uwierzycie, ale moim największym marzeniem jest zakończyć wreszcie tę udrękę, siąść na kanapie i powiedzieć głośno i dobitnie "DONE!!" Cała kasa szła by nareszcie na konto oszczędnościowe, by jak najszybciej rozpocząć następny, życiowy! projekt pod tytułem "DOM". Nie wiem jak ja to przeżyję... No bo o kasę przecież tu chodzi a nie o brak pomysłów... Jedno w tym wszystkim jest dobre, wiem (przynajmniej wydaje mi się), czego chcę, a czego już nie chcę. Sześć lat praktyki i lada moment 40-tka na karku, to chyba już wystarczająco długo, by przejść wszystkie (r)ewolucje w kształtowaniu się gustu.

Ostatecznie nazwałabym swój gust bezstylowym, jednak z powodu pejoratywnego wydźwięku tego słowa, nazywać go muszę eklektycznym. A eklektyzm eklektyzmowi przecież nierówny- powiedzmy takie eklektyczne boho, bogata mieszanka etnicznych wzorów i przedmiotów we wszystkich stylach i kolorach tęczy, jest dla mnie zbyt przytłaczający, tak samo jak eklektyczne wnętrza wypełnione różnej maści antykami z ciemnymi ścianami obwieszonymi nie kończącą się galerią obrazów o tematyce od profanum aż po sacrum (chociaż właśnie takie zestawienie sztuki we wnętrzu lubię).

To jaki jest ten mój wymarzony eklektyzm? W dużej mierze nowoczesny, jasny, przestrzenny, z czystymi liniami modernistycznych mebli, geometryczny, elegancki, pozornie przypadkowy, lecz raczej obsesyjnie uporządkowany, jak mój ulubiony obraz Marii Jaremy:


Penetracje 1956r.



Nie jestem ani fundamentalną minimalistką ani hedonistyczną maksymalistką... Jestem jak alchemik poszukujący kamienia filozoficznego, by przekształcić metal nieszlachetny w złoto. Moja magiczna formuła na stworzenie (przyszłego) IDEALNEGO DOMU brzmi tak:

*modernistyczna stodoła- prostokątny klocek z elewacją z desek i dwuspadzistym dachem, ogromnymi oknami w ciemnych aluminiowych ramach i pustką nad pokojem dziennym,

*podłogi z bielonego dębu we wzór francuskiej jodełki, wysokie i białe listwy podłogowe,

*na podłodze stary, orientalny dywan Babci Aliny,

*białe ściany,

*i ściany z czerwoną cegłą  z odzysku,

*stolik art deco w roli konsolki przy wejściu (tkwi w piwnicy u wujostwa),

*wielkoformatowe plakaty (polskie), grafiki, obrazy...

*szara sofa zarzucona tłumem multikolorowych poduszek,

*żółty fotel 366 po dziadkach w towarzystwie sofy i innych retro foteli,

*industrialny stolik

*gigantyczny otwarty regał, od ściany do ściany i od podłogi po sufit,  mieszczący wszystkie książki,
pamiątki i bibeloty, 

*kredensik w stylu mid century modern po Babci Marysi (oby żyła sto lat!) z kolekcją figurek polish new look z Ćmielowa, polskiego szkła i ceramiki z targów staroci,

*stół z egzotycznego palisandru stylizowany na lata 60-te, znalazłam już taki- to stół Kare Design, model Brooklyn (uwielbiam odcień drewna z którego były robione wtedy meble- palisander, teak, orzech),

*2 thonety i 2 krzesła z połowy XX w. (jeszcze raz- 100 lat dla Babci Marysi), a także Ghosty (!?),

*kosmiczne żyrandole w rodzaju sputnik chandelier,

*w kuchni szare, matowe, gładkie fronty  z retro uchwytami,

*nad blatem z betonu białe kwadratowe płytki 10x10cm,

*otwarte półki z eklektyczną kolekcją rustykalnych naczyń z Bolesławca (zmieniłam zdanie w kwestii otwartych półek w kuchni ;P)

*czarna lodówka Smeg,

*w sypialni boazeria z desek malowanych na biało,

*zagłówek łóżka z misternym ornamentem

*kwiecista pościel,

*rustyklane stoliki nocne,

*kinkiety Lucellino projektu Ingo Maurera,

*fotel 58 projektu Romana Modzelewskiego,

*kredens art deco (czeka na lepsze czasy razem ze stolikiem w piwnicy wujostwa),

*pokoje chłopaków w stylu loft- nie ma stylu bardziej odpowiedniego dla mężczyzn!

*łazienka z płytkami we wzór marmuru kararyjskiego i wolnostojąca wanną,

*i koniecznie- oranżeria z wiklinowymi meblami i lasem egzotycznych roślin...



Co wieczór przed snem spaceruję po tym wirtualnym domu, 
 siadam na kanapie lub przy stole, przestawiam bibeloty... 

Jesteście w stanie to wszystko sobie wyobrazić? 


To teraz czas zejść na ziemię i zobaczyć jak się sprawy mają w realnym życiu czyli w obecnym salonie! Niestety witryna z Ikea nie zostanie już zmieniona na nic bardziej stylowego w tym mieszkaniu. Kanapa miała być na smukłych nóżkach, ale że jej najważniejszą funkcją jest "funkcja spania" a nie wyglądania, zrezygnowaliśmy z designu na rzecz systemu włoskiego i prawdziwego materaca, dlatego jest taka masywna. Poszukuję też komody i stołu retro. Do dopracowania została jeszcze galeria nad kanapą. Obecny obraz akrylowy, plakat i grafika są mojego autorstwa (taka jestem zdolna? to raczej ekonomiczna wersja Do Art Yourself w moim stylu), a stara fotografia to 100-letnie zdjęcie rodzinne. Zestaw poduszek na kanapie też nie w pełni mnie zadowala- 2 z nich uszyte zostały z tkaniny bawełnianej upolowanej w second handzie.

























Taki to ten mój salonik- nie idealny, ciasny, ale własny (znaczy się w dużej części banku ;P)



 A na koniec jeszcze linki i sznurki dla zainteresowanych sztuką Marii Jaremy:



A kto uczył się plastyki w 8 klasie z podręcznika autorstwa Stanisława Stopczyka 
z tym obrazem Marii Jaremy na okładce? Przyznać się w komentarzach ;P

Penetracje 1957r.




Do następnego! M.




poniedziałek, 24 października 2016

Paris, Paris...





Codziennie rano, gdy zakładam swoje nowe, eleganckie botki i wychodzę z mieszkania, czuję się jak Andrea Sachs biegająca na wysokich obcasach ulicami Paryża w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". Myślicie, że to niemożliwe? Posłuchajcie więc, jak do tego doszło...



Jak ten czas leci! To już prawie rok jak wygrałam u Oli z bloga  Po prostu piękne rzeczy bon do zrealizowania w sklepie fototapety na wymiar . Nie mogłam wprost uwierzyć w swoje szczęście, gdyż była w moim mieszkaniu ściana, na której od dawna marzyła mi się fototapeta. Była to ściana z drzwiami wejściowymi, widoczna niemal z każdego kąta mieszkania- z kuchni, salonu, łazienki i garderoby. Pomalowana na szaro, z dużymi drzwiami w kolorze orzecha była dla mnie prawdziwym utrapieniem. Koszt takiej "dekoracji" to dobrych kilkaset złotych, a mieliśmy przecież jeszcze inne, zdecydowanie ważniejsze potrzeby. Jednak co się odwlecze to nie uciecze! Kupon o wartości 350 zł był znakiem, że należy ten plan nareszcie wcielić w życie :). Kilka miesięcy wcześniej na sąsiedniej ścianie pojawiła się biała cegła i bardzo chciałam stylistycznie nawiązać do architektury. Klasyczne zdjęcia uliczek południowoeuropejskich miast nie wchodziły w grę, to zupełnie nie moja bajka. Potrzebowałam czegoś bardziej nowoczesnego i znalazłam! Moja idealna fototapeta to nieco niedbały szkic paryskiej uliczki z całym bogactwem detali. Czarno-biała grafika jest artystyczną wariacją tego klasycznego tematu. Stworzona jakby wprost dla mnie! Opinie na temat klejenia fototapety są sprzeczne, jedni twierdzą, że to łatwe, inni, że wprost przeciwnie. Postanowiliśmy nie ryzykować i do naklejenia zatrudniliśmy fachowców. Efekt jest zachwycający, ściana przyciąga wzrok i jest prawdziwą ozdobą, co jest tym ważniejsze, że hol w naszym mieszkaniu jest właściwie przestrzenią wydzieloną umownie. 


A Wy? Lubicie fototapety? Jeśli nie, może przekona Was do nich moja galeria? Zapraszam do oglądania i komentarzy!





 






















czwartek, 20 października 2016

Zwierzęta i rośliny egzotyczne.


No cóż, jako że niewiele mam w tym poście do pokazania- nadrobić muszę gadaniem. To było piękne poniedziałkowe południe, być może padało, ale radosny był sam fakt, że Przedszkolaki zostały odstawione do Przedszkola, a ja otrzymawszy zlecenie zakupu ciepłych rajtuzów w Minionki, lekka jak piórko, udałam się do lokalnego centrum handlowego z nadzieją dostania poszukiwanego towaru. Centrum handlowe w tym przypadku jest pretensjonalnym 3-piętrowym budyneczkiem, skupiającym pod swym dachem nie-sieciowe-sklepiki. Ale 3 piętra są, winda jest i tuż obok windy, na środku holu, stoisko  oferujące liqidy do elektronicznych papierosów (paskudny nałóg!!). Czekam sobie na windę, a tymczasem do pana ze stoiska podchodzi drobniutka, elegancko ubrana staruszka w berecie, wiek 70+ i pyta- "Czy są w sprzedaży kanarki?". Zastygłam nadstawiając ucha i zastanawiając się co zrobić? Może podejść i wzorem staruszki zapytać: "Czy są w sprzedaży Minionki? Znaczy rajtuzy z Minionkami..." Myślę- przecież i kanarki żółte i Minionki, widocznie facet posiada na ten temat jakąś wiedzę... Nagle przypomniałam sobie dialog z "Rozmów kontrolowanych": Molibden (naturalnym głosem): „Żyrafy wchodzą do szafy”, na co Ciotka Lusia odpowiada równie naturalnie: „Pawiany wchodzą na ściany. Proszę bardzo Pana, proszę.."
Nie chcąc być wplątana w jakąś aferę, nie czekając na odpowiedź faceta, czym prędzej wsiadłam do windy...

Ale to ma być post wcale nie o żółtych kanarkach tylko o flamingach różowych... Powinnam przestać cokolwiek obiecywać i nie zdradzać swoich planów dopóki ich nie zrealizuję i nie będę mogła pochwalić się efektami... Pamiętacie jak emocjonowałam się podczas poszukiwania idealnych mebli balkonowych? Otóż nie kupiłam wcale takich foteli, jakie myślałam, że kupię... Po dotarciu do sklepu z wikliną co innego skradło moje serce- piękny okrągły stolik/puf/podnóżek i wiklinowa sofka- zupełnie nie od kompletu. Łączy je podobny kolor, więc sami dobraliśmy je w parę. Sofka okazała się dobrym wyborem, zajmuje mniej miejsca i mogą na niej usiąść nawet trzy osoby, albo dwójka dorosłych i dwójka maluchów, sprzyja też romantycznym wieczorom na balkonie spędzanym we dwójkę ;P. O zaletach wielofunkcyjnego pufa nie muszę chyba pisać :) 

Potem zaczęły się wakacje, wyjazdy do Babci Marysi i Dziadka Bogdana, do Cioci Uli i Wujka Tadeusza, do Babci Tereski, nasz krótki urlop bez Dzieci, znów wyjazd do Babci Marysi i Dziadka Bogdana i tak żeśmy jeździli całe dwa miesiące, a ja rozpuściłam się jak dziadowski bicz i ani mi w głowie było pisanie postów.  W tak zwanym międzyczasie kupiłam poduszki dekoracyjne z flamingami, jutowy dywan i beżowo-szary bawełniany materiał na siedzisko, ale na tym się skończyło... Nasz balkon jest bezlitosny dla roślin, jego południowo-zachodnia ekspozycja powoduje, że wraz ze słońcem wykańcza jedną po drugiej. O pomoc w dobraniu odpornych gatunków miałam poprosić Monikę, moją koleżankę z liceum, która wraz z mężem zajmuje się projektowaniem ogrodów.  Ale zabrakło czasu, a może determinacji na dopieszczenie projektu. Ale za rok znów będzie wiosna i wtedy obiecuję... ;PP

Wszystkie rośliny, które znalazły się w tym roku na balkonie pochodzą z lidlowej łapanki, wiosną otwarto ten sklep tuż pod naszym blokiem, kupowałam więc co wpadło mi w ręce- od zimnolubnego żywotnika, przez azjatycki różanecznik, na begonii z Ameryki Południowej skończywszy. Ot, logika taka, jak zakup kanarka na stoisku z "papierosami". W dodatku zdjęcia jakimś cudem skasowałam, więc te poniżej to odzysk z instagrama- za (byle)jakość najmocniej przepraszam.











Oby do WIOSNY!




PS. A teraz Wam wyjaśnię, o co chodziło uroczej staruszce, bo pewnie spać po nocach nie będziecie mogli! Otóż chciała ona zapytać, gdzie tu znajduje się sklep zoologiczny (bo znajduje się w drugim końcu centrum) :PP



poniedziałek, 10 października 2016

Skarby ze strychu Pana Eugeniusza...




Dzisiaj post dla wielbicieli historii sprzed stu lat... Moje fotele 366, które przytargałam od dziadków były w fatalnym stanie. Jako zupełna ignorantka w temacie renowacji mebli, miałam spore wątpliwości, czy takie meble da się jeszcze uratować. Stały więc na balkonie kolejnych kilka miesięcy. Przeszkodą było również to, że w naszym mieszkaniu nie było dla nich miejsca, gdyż całą wypoczynkową część salonu zajmowała kanapa narożna. Wreszcie decyzja o urządzeniu pokoju dziecięcego w rodzinnej sypialni i naszych przenosinach ze spaniem do salonu, przyczyniła się do  zakupu nowej, wygodnej i rozkładanej kanapy (z prawdziwym materacem!), co stworzyło wreszcie przestrzeń dla jednego fotela. Zaczęły się poszukiwania fachowca, który odnowiłby moją rodzinną pamiątkę. 

Znalazłam go w swoim mieście, a wraz z nim całą kolekcję antyków... Pan Eugeniusz jest stolarzem, ma ponad 70 lat i mimo, że okazyjnie trafiają do niego meble z połowy XX wieku (takie jak mój fotel), jego kolekcja składa się głównie z mebli, co najmniej w wieku thonetowskim. Pan Eugeniusz zajmuje się odnawianiem mebli zgłaszających się do niego klientów i nie bardzo ma czas na poszukiwanie chętnych na zakup zgromadzonych przez lata antyków, które wypełniają wszystkie pomieszczenia pracowni w starym domku. Na strychu znalazły schronienie krzesła, wyciągnęliśmy więc kilka z tych zapomnianych piękności i zrobiliśmy im zdjęcia z nadzieją, że ktoś z Was zakocha się od pierwszego wejrzenia...

Pan Eugeniusz odda swoje skarby w dobre ręce. Możecie samodzielnie dać im nowe życie, lub zlecić ich odnowienie Panu Eugeniuszowi, oczywiście wedle waszego gustu. Na zdjęciach poniżej zaledwie ułamek kolekcji, w której oprócz krzeseł, foteli i stolików znajdują się szafy, żyrandole, obrazy, łóżka, ramy luster, kwietniki, konsolki (...) 

Dajcie koniecznie znać jeśli jesteście zainteresowani, być może wyciągniemy wtedy dla Was na światło dzienne kolejne osobliwości z jego pracowni :)



 Te poniżej pięknie wyglądałyby stojąc przy damskiej toaletce, prawda?














Tych, na pierwszy rzut oka z lat 50-tych są 4 sztuki:





 Fotele Chierowskiego są dwa:





A to jest rozkładany stolik karciany z połowy XXw. ze schowkiem, 
idealnie nadający się na biurko w niewielkim mieszkaniu.