Strony

sobota, 20 maja 2017

niedziela, 22 stycznia 2017

Zielono mi... (cz.1)




Ta historia jest długa i pełna niepowodzeń... Tym bardziej jest mi wstyd, bo z wykształcenia jestem biologiem. Powinnam więc kochać faunę i florę, hodować kotka, pieska, chomika i rybki, moje mieszkanie powinno tonąć w kwiatach, a na balkonie w sezonie dzieci mogłyby podjadać poziomki i pomidorki koktajlowe! Hmmm... Gdy miałam dwa lata i mieszkałam z rodzicami oraz dziadkami dostałam szczeniaczka- mieszańca, śliczną czarną suczkę z podpalanym brzuszkiem, pyszczkiem i białymi skarpetkami na łapkach. Gdy miałam 10 lat, Mucha- bo tak się nazywała, oszczeniła się wydając na świat niezbyt urodziwego synka, którego jakby tego było mało nazwałam Pikuś! Pikuś oprócz tego, że nie grzeszył urodą był też charakterny i jak coś mu się nie podobało potrafił capnąć zębami każdego, ale kochał dzieci i uczestniczył we wszystkich naszych szalonych zabawach, uwielbiał las latem, a zimą zjeżdżał z nami na sankach/workach z największych górek (robiliśmy kulig a on wskakiwał na rozpędzoną bandę dzieciaków). Kochał wolność i łaził zawsze tam, gdzie miał ochotę, czasem wracał z tych eskapad pogryziony, miał mnóstwo pcheł i bał się wody jak diabeł tej święconej. Ale mnie nie przeszkadzało to w przytulaniu i całowaniu w nos tego wiejskiego włóczęgi ;P A potem dorosłam i zamieniłam się we własną matkę! Uznałam, że zwierzęta brudzą i wymagają opieki. Chociaż nie- moja mama naprawdę nie lubi zwierząt, ja chcę tylko uniknąć dodatkowych obowiązków. Ja jestem psiarą, Mąż i Ignaś to kociarze, kiedyś, gdy będziemy mieć dom z ogródkiem będą też zwierzęta, bo w blokach posiadanie psów powinno być zakazane! Właściwie nie mam nic do psiaków, tylko nie cierpię ich właścicieli, którzy wyprowadzają je na spacer pod osłoną nocy, by nie musieć zbierać kup!!! Podatek od posiadania psa powinien być tak duży, aby zatrudnić specjalne służby do sprzątania po psach właścicieli, którym nie chce się tego robić! Ciągle muszę napominać moje dzieci, by nie schodziły z chodników na trawniki, zwłaszcza teraz zimą, a i na chodnikach zdarzają się niespodzianki. Rośliny wydawałoby się są mniej kłopotliwe. Jako pierwsze pojawiły się u nas dwie egzotyczne piękności-  Phalaenopsis.  Podobno nie ma łatwiejszej w uprawie rośliny i... bardziej kapryśnej! Rzeczywiście- przez dwa lata nie udało mi się uśmiercić moich storczyków, ale i przez dwa lata żaden z nich nie zakwitł, a jak wiadomo storczyk bez kwiatów nie prezentuje się zbyt okazale. Pożegnałam się więc z nimi bez żalu. I kupiliśmy ogromnego skrzydłokwiata (Spathiphyllum wallisii), który stanął w jedynym miejscu naszego mieszkania z bezpośrednim dostępem do słońca- tuż obok drzwi balkonowych. Główną przyczyną trudności w hodowli roślin w naszym mieszkaniu stanowi brak jakiegokolwiek parapetu i ekspozycji na słońce. Skrzydłokwiat, pomimo bezlitosnego traktowania przez moich małych wówczas synów, trzymał się dzielnie i wciąż wypuszczał nowe liście, w miejsce tych łamanych i rwanych na strzępy. Dopiero na wiosnę zeszłego roku (chłopcy już wyrośli z niszczenia roślin) mocno zdeterminowana postanowiłam wprowadzić do naszego domu nowych, zielonych lokatorów. Nasze mieszkanie nie obfituje również w regały, komody i półki, na których mogłabym ustawiać doniczki. Kupiliśmy prawie dwumetrową palmę (Howea forsteriana), a niską i długą (180cm) szafkę rtv zamieniliśmy na komodę vintage (120cm), co wygospodarowało 60 cm przestrzeni dla nowej rośliny. I to niestety wyczerpało cały potencjał podłogi. Ale ściana  nad komodą na której stoi telewizor, to duża powierzchnia, gdzie idealnie pasowałaby kombinacja półek, na których oprócz roślin stanęłyby również nieliczne bibeloty i kilka książek, myślę więc ostatnio nad jej aranżacją. Temat życia wśród roślin zaprząta ostatnio moją głowę i gromadzi też coraz większe rzesze fanów w wirtualnym świecie. Prawdziwe zielone szaleństwo zapanowało na blogach i na instagramie. Pewnie mało kto nie kojarzy już tego trendu, kryjącego się pod hasłem "urban jungle". Dla estetów, oprócz urody samych roślin, równie ważny jest sposób eksponowania ich w domach. Igor Josifovic- autor happy interior blog  i Judith de Graaff autorka bloga joelix należą właśnie do takich osób. Z ich przyjaźni i pasji narodził się wspólny projekt urban jungle bloggers, który zrzesza blogerów, tak jak oni kochających rośliny. Oprócz dylematów związanych z tym, jak pielęgnować rośliny i jak dekorować nimi mieszkania, bardzo istotne jest jeszcze, w czym je uprawiać, aby stanowiły estetyczną całość. Chodzi oczywiście o doniczki, osłonki i pojemniki, w których rosną. Czy postawić na taki sam materiał, kolor, kształt czy może podejść do tematu bardzo swobodnie i nonszalancko? Odpowiedzi na wszystkie te pytania możemy szukać w internecie. Mnie jednak nic nie zastąpi książki z pięknymi zdjęciami- jej zapachu i szelestu kartek. Sprawiłam więc sobie prezent na gwiazdkę i kupiłam pierwszą książkę Igora i  Judith- "Urban Jungle. Living and styling with plants". I jestem oczywiście absolutnie zachwycona! Jest warta swojej ceny (ok 140-150zł), niestety nie ma wersji w języku polskim.














A teraz jeśli chodzi o moje rośliny... Bilans ostatnich miesięcy jest taki, że ususzyłam dwie paprotki (Adiantum i Blechnum), bluszczyka (Hedera helix), utopiłam sukulenta (Eszewerię), a Figowiec benjamiński (Ficus benjamina) całkiem wyłysiał... Doszłam do wniosku, że roślin nie wystarczy podlewać, trzeba robić to uważnie ;)  Palma na szczęście ma się dobrze! Duża roślina potrzebowała dużej doniczki. Oczywiście szaleję na punkcie różnej maści koszy z trawy morskiej, wikliny i innych naturalnych materiałów pełniących rolę osłonek doniczkowych. Duży kwiat, duży kosz, wysoka cena... Kosze, które mi się podobały kosztowały 200-300zł. Jeśli uznam, że nie stać mnie na wymarzony przedmiot- nie idę już na kompromis, nie szukam "czegoś podobnego, ale tańszego", tylko rezygnuję z pomysłu i szukam alternatywy. Rozważałam więc zakup papierowej torby "Le sac en papier". Jak wiadomo torby te, w swoim szerokim spektrum wnętrzarskich zastosowań, pełnią również rolę stylowych osłonek doniczkowych. Jedyną ich wadą jest trwałość. I tu nastąpił dziwny zbieg okoliczności zwany potocznie zrządzeniem losu! Jedno ze zdjęć na moim koncie ig  polubił ktoś ukryty pod tajemniczym nickiem potpot-washpapa. Okazało się, że są to dwie fajne dziewczyny- Kasia i Monika, szyjące fajne rzeczy z fajnego papieru! Papieru, który można prać! Jak to możliwe? Jest to papier, który zawiera domieszkę lateksu, dzięki czemu przypomina w dotyku skórę i jest trwały, a prać można go jak zwykłą tkaninę. W dodatku występuje w kilku kolorach i w różnych wykończeniach. Wysłałam Kasi wymiary mojej doniczki- wysokość i obwód. Po przemyśleniach ustaliłyśmy, że jeśli obwód doniczki będący kołem wynosi 90 cm, to suma boków potpota, który jest kwadratem powinna być tylko nieznacznie większa od obwodu- inaczej donica "utonie" w zbyt dużej osłonce. W przypadku mojej osłonki było to 100cm (4x25cm), czyli o 10cm (10%) więcej. Wysokość- minimum 10 cm większa od wysokości donicy, aby móc wywinąć na dwa razy dekoracyjny "kołnierz" u góry osłonki. Palma ma piękny, oryginalny i trwały domek :)














Potpot kryje w sobie niespodziankę- zewnętrzna warstwa jest w kolorze sahara, ale wnętrze ma kolor miedziany- dzięki temu, osłonka może mieć dwie różne wersje. Po zawinięciu najpierw do wewnątrz, a potem na zewnątrz ma jeden kolor, a po dwukrotnym wywinięciu na zewnątrz, mamy wersję dwukolorową:







I jeszcze kilka zdjęć potpotów uszytych przez dziewczyny w roli osłonek mniejszych roślin:

















Washpapa to nie tylko materiał na potpoty, jeśli chcecie zobaczyć co dziewczyny potrafią uszyć z washpapy zajrzyjcie koniecznie na ich stronę (tutaj). To pierwszy post z serii "zielono mi", następnym razem pokażę, jak zrobiłam prosty i efektowny stojak/kwietnik w stylu skandynawskim. Ciekawi mnie jednak, jak Wam się podoba taka oryginalna osłonka? I jaką Wy macie "rękę" do roślin? 



M.





poniedziałek, 9 stycznia 2017

Ostatni guzik.




W życiu najbardziej żałuję tego, że nie urodziłam się rannym ptaszkiem! Mój budzik w telefonie jest nastawiony (o zgrozo! pewnie pomyślą niektórzy ;P) na godzinę 7.35, ale ja jestem typem "jeszcze 5 minut", więc zanim wstanę jest już ósma. Przedszkole Ignasia jest tuż pod blokiem i musimy zdążyć na pierwsze śniadanie serwowane o 8.30. Myjemy zęby, ubieramy się i wychodzimy. O 8.45 jestem już z Julkiem z powrotem w domu. Ponieważ Nunek to niejadek uzależniony od kaszy na mleku, w obawie, żeby nie siedział w przedszkolu cały dzień głodny (a wiedzcie, że jeśli jakieś danie nie spodoba mu się na pierwszy rzut oka- nie ma takiej siły, która zmusiłaby go chociaż do spróbowania!) pierwsze śniadanie jada w domu. Ja w tym czasie wypijam latte na potrójnym espresso (!) zaparzone we włoskiej kawiarce, zjadam tosta z dżemem i jogurt naturalny (taka poranna rutyna ma swoje plusy- zawsze wpadam w głęboką zadumę zanim o tej porze dnia zadecyduję, czy kawa jest ukryta w czarnej puszce z literką T czy C??). Do przedszkola oddalonego o jakieś 10-30 min drogi (w zależności od humoru Nunka) odprowadzam go na 10. Czasami wracam od razu do domu, a czasami robię po drodze zakupy. No i mamy godzinę 11. A ile nerwów zjadłam od rana! Bo nie chcą wstać, bo nie chcą się ubrać, bo nie ta bluzka, bo chcą znaleźć jakąś zabawkę, bo muszą się jeszcze pobawić, bo ta bajka musi się skończyć, bo metka w rajstopach ich drapie, bo Ignaś się na mnie pcha, bo Julek mnie uderzył... Nie wiem, czy chcecie, abym wymieniała dalej, bo mogę tak bez końca... W drodze do przedszkola i w przedszkolu podczas rozbierania posiadają oczywiście oddzielny repertuar. Jest więc ta jedenasta, a w domu cisza... Nic nie gra, nikt nie gada- żadnej muzyki, telewizji... Czasami siedzę na kanapie i patrzę na sosny za oknem- wiem, że po południu nie będzie już takiej możliwości. Miałam mnóstwo planów związanych z pójściem Małego do przedszkola, miałam ruszyć ze wszystkim z kopyta, a tymczasem odpoczywam gapiąc się na sosny. Codziennie... I pytam siebie- jak ludzie dają radę żyć na wysokich obrotach? Chyba trzeba się urodzić z takim talentem! Albo brać amfę (;P), jak mnie uświadomiła kiedyś moja Przyjaciółka (farmaceutka). Dostępu do amfy nie mam ;)), więc coraz więcej we mnie zgody na slow living i zwykłe, małe radości: kariera, sukces, indywidualizm i kult jednostki są zdecydowanie przereklamowane. I social media również- owszem lubię czekoladę, ale nie na śniadanie, obiad, deser i kolację... Czyli siedzę na kanapie i dumam. Dumanie jest moją mocną stroną- zawsze żyłam raczej w świecie wyobraźni niż w realnym życiu. Np. wracam z Julkowego przedszkola, po drodze powinnam zajrzeć do Lidla (na obiad mam ugotować rosół), ale jestem tak zaabsorbowana sobie tylko znanymi myślami, że dziarsko maszeruję wprost do mieszkania. Gdybym mogła, zimą w ogóle nie wychodziłabym z domu. Do południa czuję niemalże, jak mała wskazówka zegara z mozołem pnie się do góry, dopiero po południu życie nabiera jakiegokolwiek tempa. Mam wolne od dzieci do 14.45. To mój czas, którego na razie jeszcze nie potrafię wykorzystać. Często wtedy sprzątam, gotuję, piorę... Nuda i marazm... Na szczęście w mieszkaniu nastąpiły ostatnio pewne istotne i bardzo cieszące mnie zmiany. W listopadzie i grudniu pokazywałam Wam salon- jak się zmienił i pisałam o tym, co chciałabym jeszcze zrobić. Do końca roku udało mi się zrealizować  obydwa pomysły- wymienić szafkę rtv na komodę vintage (tutaj) i stół na nowoczesny w stylu retro. Pokażę Wam dziś swoją nową jadalnię, w której wszystko jest już dopięte na ostatni guzik! A guzików jest pięć- udało mi się kupić ledowe żarówki retro w dobrej cenie. W internecie najtańsze jakie znalazłam kosztowały 59 zł, wstrzymywałam się więc z zakupem, aż tu nagle, w OBI, zobaczyłam LEDOWE żarówki Edisona (Polux) w cenie 26 zł za sztukę! Poszukiwania stołu również trwały długo. Na początku rozważałam zakup stołu vintage, ale musiałby być w stanie idealnym i duży, a ceny takich są zawrotne, w dodatku są to stoły z ciemnego drewna czyli raczej niepraktyczne. Rok czy dwa lata temu, wpadł mi w ręce katalog polskiego producenta mebli- firmy SIGNAL, zainteresowała mnie w nim kolekcja mebli Scandinavian i zachowałam go w stercie czasopism. Był tam stół w stylu retro z białym blatem i nogami z bielonego dębu. Niestety nijak nie pasował do mojego mieszkania, zaczęłam przeczesywać internet w poszukiwaniu wersji w kolorze naturalnego dębu. Stołów inspirowanych latami 60tymi XXw jest obecnie dostępnych bardzo dużo, jednak większość właśnie biała lub bielona. Żaden ze znalezionych nie spełniał więc wszystkich trzech warunków- odpowiedniego koloru, wielkości i ceny... Aż wreszcie przypadek sprawił, że przejrzałam całą kolekcję Scandinavian na stronie internetowej i BINGO! Okazało się, że oprócz stołu Combo produkują jeszcze stół Felicio! Naturalny kolor dębu, 150x90cm (190 po rozłożeniu) i w cenie 1015zł!! W dodatku dostępny od ręki, więc cieszyliśmy się nowym stołem jeszcze przed świętami. Z ogromną ulgą pożegnałam poprzedni fornirowany stół. Szczerze go nie znosiłam, był ciemny, masywny i mocno zniszczony- kosztował 1700zł, a fornir był tak kiepskiej jakości, że odpryski powstały już na wszystkich możliwych kantach. W dodatku ciągle musiałam go czyścić, gdyż widać na nim było każdy okruszek i plamkę. Po dwóch tygodniach z nowym stołem, nie mam do niego absolutnie żadnych zastrzeżeń. Jest delikatny, ma dużą powierzchnię i jest bardzo łatwy do utrzymania w czystości. Rozjaśnił i odmłodził naszą jadalnię :))

























 I jeszcze zdjęcia w świetle żarówek retro, które  jest bardzo ciepłe, wręcz żółto-pomarańczowe, bardzo klimatyczne zwłaszcza wieczorami.











Ciekawa jestem jak przypadło Wam do gustu zestawienie postmodernistycznych Ghostów (przy ich projekcie Philippe Starck zainspirował się fotelem w stylu Ludwika XV,  który to styl z kolei inspirowany był włoskim barokiem i wschodnią sztuką), ze stołem we współczesnym stylu skandynawskim (czyli tak modnym obecnie stylem retro inspirowanym modernizmem z połowy XXw.). Tak- przeczytajcie jeszcze raz uważnie ostatnie zdanie ;P Jeśli uznacie, że pasują do siebie będzie mi miło, a jeśli stwierdzicie, że nie- będzie mi jeszcze milej, bo nie pasujące do siebie meble podobają mi się najbardziej! ;))) A jak Wasze stoły dogadują się z krzesłami?



PS. Podkładki na stół z pcv, w mój ukochany wzór retro, czyli czarno-białą pepitkę można kupić tutaj, świecznik w kształcie diamentu (w dwóch rozmiarach, ja wybrałam ten mniejszy)- bardzo pożądany, ale niełatwy do dostania znajdziecie tu, a kwiatek z pięknymi błyszczącymi liśćmi, intensywnie czerwonymi od spodu to Peperomia rosso.



Do miłego!





piątek, 2 grudnia 2016

Apetyt na więcej!




W poprzednim poście przyznałam się Wam do sympatii dla stylu glamour, w początkach urządzania naszego mieszkania. W związku z pojawieniem się nowej i mniejszej komody vintage oraz rosnącej ilości książek, dla których zaczyna brakować już miejsca w regale- postanowiłam zrobić porządek  z gazetami wnętrzarskimi. Jeśli miałabym się przyznać do jakichś uzależnień, to są to: sen, słodycze i czasopisma o wnętrzach ;P Przez kilka lat uzbierało się tego sporo... Od czasu do czasu robiłam jakąś delikatną selekcję i wyrzucałam mniej lubiane, lub przypadkowo kupione tytuły. Obowiązkowo każdego miesiąca kupuję "Dom i wnętrze", "Dobre wnętrze", "Elle Decoration" oraz "Werandę". Mogłabym kupić za te wydane pieniądze sporo książek o sztuce, architekturze, wnętrzach, designie... Książki nie są anonimowe, doskonale potrafię sobie przypomnieć co i gdzie w każdej z nich znajdę, a czasopisma "wyparowują" z mojej głowy natychmiast po odłożeniu na bok. Zajrzałam do kilku najstarszych egzemplarzy w mojej kolekcji i co się okazało? W numerach wydawanych przed 2010r. królował styl glamour! Z trudem można znaleźć stronę, na której nie prezentowano by kryształowego żyrandola, efektownych dekoracji i błyszczących mebli. Pojawiały się we wnętrzach klasycznych, prowansalskich, rustykalnych i art deco! Popularny był też styl nowoczesny tzw. "hotelowy"- paskudne, anonimowe beżowo-brązowe coś! 
Już wiem skąd u mnie ten glamour! Nie mając jeszcze wyrobionego własnego gustu uległam modzie. Nieświadomy siebie konsument jest bardzo podatny na sugestie speców od reklamy. Nawet jeśli nie masz pieniędzy na modny i drogi skandynawski design, urządzasz się w tym stylu. Wystarczy pójść do Pepco- no nie ma siły, żeby czegoś nie kupić, gdy półki wypełnia skandynawski design made in China. Dlatego uważajcie z modnymi gazetami!
Wróćmy jednak do teraźniejszości. W łazience mieliśmy niezagospodarowaną wnękę. Ciągle powtarzam, że jedną z najważniejszych spraw przy projektowaniu mieszkania jest kwestia przechowywania- rzadko kto z nas jest w stanie zmieścić swój dobytek w jednej walizce, a z wiekiem i wraz z rosnącą ilością członków rodziny, staje się to po prostu niemożliwe! Wnęka w korytarzu, tuż przy łazience, pozwoliła wyeliminować pralkę, jako element wyposażenia łazienki, co miało ogromny wpływ na jej wygląd, ale o szafce nie pomyślałam. Dopiero niedawno kupiłam niedużą i niedrogą szafkę. Wiercenie dziur, w twardym jak skała gresie, trwało tydzień! Kosztowało to nadwyrężony bark mojego męża i kilka spalonych wierteł. Półeczka wisi, ale pojawił się kolejny problem! Oprócz dwóch zamykanych drzwiczkami części, po środku znajdują się dwie nieduże półeczki o wymiarach 30cm/20cm/20cm ( wys./szer./gł.). Ponieważ należę do tych wariatek, dla których kosmetyki nie są dekoracją łazienki, rozpoczęłam poszukiwania czegoś, co mogłoby  w ładny sposób wypełnić tę przestrzeń. Łazienka przechodzi obecnie delikatny lifting. Czarny żyrandol z kryształami zdobi już łazienkę należącą do kogoś innego, a ja oczekuję na nową, drucianą lampę. Nie da się radykalnie zmienić charakteru łazienki, musi ona pozostać klasyczna i elegancka, ale postanowiłam nawiązać nieco do stylu Hamptons. Takie też dekoracje chciałam znaleźć. Zanurzyłam się w odmęty internetu w poszukiwaniu czegoś na stojaku- taki patyczek z podstawką. Myślę sobie: może muszla, może koralowiec, ryba, mewa... I NIC!!! Za duże, za drogie, niedostępne... Straciłam cały dzień na absurdalnych poszukiwaniach jakiegoś duperela!! Wkurzyłam się na siebie okrutnie- w ten sposób, to ja nigdy niczego w życiu nie skończę! Jesteśmy często jak te osiołki, którym w żłoby dano i znalazły się w sytuacji patowej- nie potrafią dokonać wyboru! Nie ważne zresztą czy nabywam coś szybko, czy poszukiwania trwają długo- i tak prędzej czy później trafiam na coś odpowiedniejszego.
Przybijcie piątkę jeśli i Wam ten świat wydaje się czasami niedorzeczny... I to na co trwonimy nasz czas, na gonieniu przysłowiowego króliczka. Lepsze jest wrogiem dobrego. "Uwielbiam zmiany"- czyli nie żyjesz w teraźniejszości! Życie płynie nawet bez zmian, więcej- samo z siebie oferuje ciągłe zmiany! Przybyła Ci zmarszczka, synowi wypadł pierwszy mleczny ząb, jest lato a potem nagle zima...  Czy jesteś przez to ważniejszy, że pokazujesz, jak to przesz do przodu- jak czołg? Oferując ciągle coś nowego, coś innego, byle wyprzedzić stado depczące Ci po piętach... Więcej, lepiej, drożej... Napisałam to w trzeciej osobie, ale ten tekst dotyczy oczywiście mnie samej, niech nikt więc nie czuje się urażony! To dla Was Moi Drodzy Czytelnicy (i Koleżanki Blogerki) ten teatr, bo bez Was czuję się nieważna... Prowadzenie bloga wnętrzarskiego niejako obliguje do ciągłych zmian, aby być dla Was ciągle atrakcyjnym. Czasami jestem bardzo zmęczona i chciałabym napisać po prostu co u mnie słychać, a nie pokazać kolejny gadżet. Albo pomóc Wam rozwiązać jakiś domowy, projektowy dylemat- piszcie do mnie! Wtedy to całe gadanie o urządzaniu będzie miało mniej samolubny wymiar. Właściwie, to zboczyłam z drogi, bo zaczynałam pisać bloga z intencją, że chcę pomagać innym, a nie pokazywać urządzanie swojego mieszkania...
Niedawno usłyszałam teorię,  że cały ten konsumpcjonizm to wina cukru! Cukier stał się powszechny w diecie współczesnego człowieka dopiero w pierwszej połowie XIXw.(!) Wszyscy kojarzymy ten moment, gdy po włożeniu do ust kostki czekolady, nasz mózg zalewa fala endorfin! Tego samego oczekujemy od życia, tej natychmiastowej gratyfikacji, widzę piękny przedmiot i od razu "cieknie mi ślinka", chcę go mieć! Już! Teraz! Dziś! W końcu jestem tego warta/y! Szczyt tego absurdu dostrzegam w amerykańskich programach, tam to dopiero ludzie mają głowy zryte przez kasę! Oglądałam ostatnio program "Transakcje za milion dolarów- Nowy Jork". Wymuskany do granic możliwości agent nieruchomości, oprowadzał po lofcie za 6 mln. dol. w dzielnicy Tribeca (zamieszkiwanej przez wiele sław) panienkę z gatunku Barbie z całą świtą przyjaciółek. Pokazywała mu w telefonie zdjęcie swojego pieska- zapewne jakiegoś wampirycznego Chichuachua. Na kuchnię ledwie rzuciła wzrokiem informując przy tym agenta, że w kuchni nie bywa, gdyż ma prywatnego kucharza i służbę do sprzątania. Entuzjazm w głosie tegoż sprawił, że opatrzyła to dodatkowo komentarzem- "Wiem, wygrałam życie". Jak widać na rozum nie starczyło już pieniędzy!



W tym miejscu pozwolę sobie zacytować słowa Docenta Zenobiusza Furmana (kto nie zna ten trąba!):
"Ach, nieważne... Napijmy się!"
 Ja herbatki, a Wy czego tam chcecie- w końcu mamy już weekend!
 ;P



PS. Ponieważ nie znalazłam dekoracji na stojaku, postanowiłam zrobić ją sama, zamówiłam w internecie ceramiczne rybki, do których dorobię stojak. Znikam...







poniedziałek, 28 listopada 2016

Panna Migotka


No dobrze, przyznam się Wam do czegoś... 6 i pół roku temu chciałam urządzić mieszkanie w stylu modern glamour- te wszystkie błyszczące powierzchnie, kontrast bieli i czerni, ciemne drewno, żyrandole z kryształami... Hmm, obecnie styl glamour jest najmniej lubianym przeze mnie stylem (bo nie mogę powiedzieć, że jakiegoś stylu zupełnie nie  lubię ;P). Pomijając jednak kwestię gustu, jest jeszcze jeden powód, dla którego absolutnie go nie polecam, a o którym już kiedyś wspominałam: "WSZYSTKO CO BŁYSZCZĄCE I CZARNE JEST CHOLERNIE NIEPRAKTYCZNE, A JUŻ NAJPRAWDZIWSZYM KOSZMAREM JEST COŚ CO JEST JEDNOCZEŚNIE BŁYSZCZĄCE I CZARNE". Możesz sobie urządzić wnętrze glamour i będziesz zadowolona/y jeśli: 

1. uwielbiasz sprzątać,
2. mieszkasz w pałacu i stać cię na zatrudnienie "Marysi",
3. nie masz dzieci,
4. uważasz, że dom to nie muzeum i bałagan jest czymś czym nie trzeba się stresować. 

Niestety żadne z powyższych nie dotyczy mnie... Dlatego już od kilku lat latam na przysłowiowej miotle, a i tak nigdy nie jestem w stanie ogarnąć czarnej błyszczącej szafki podumywalkowej, czarnego błyszczącego blatu kuchennego, grafitowej gresowej podłogi i ciemnego stołu...  

Teraz kolejna moja mądrość: "NIGDY NIE MÓW- NIGDY, I NIGDY NIE MÓW- ZAWSZE"

Stosując się do obydwu powyższych zasad, w naszym mieszkaniu pojawił się nowy mieszkaniec- biała szafka rtv high gloss (do zobaczenia tutaj wraz z resztą salonu) została zamieniona na komodę vintage- ciemnobrązową i na wysoki połysk ;P No tak- to, że ja sobie coś wydumam w mojej głowie w najdrobniejszych szczegółach nie znaczy, że potem coś takiego znajdę... I tym sposobem udało mi się znaleźć komodę o nietypowych wymiarach (122x67cm), ale wcale nie matową i nie jasną... Ten odcień gorzkiej czekolady jest naprawdę zachwycający, jednak gruba warstwa błyszczącego lakieru w ogóle do mnie nie przemawia. Nie zdecydowałabym się na ten zakup, gdyby nie te wpisy Małgosi na jej blogu odnawialnia: "jak usunąć lakier chemioutwardzalny" i "PRL na salonach czyli stara komoda z lat 60 w roli szafki rtv". 

No i ruszyła lawina zdarzeń! O ile nad niską, długą i białą rtvką półka Lack prezentowała się ok, tak teraz zrobiło się jakoś ciasno... Myślę więc nad zmianą- bardziej rozbudowana, ażurowa wersja, która pomieściłaby kwiatki w doniczkach i bibeloty, na które u nas naprawdę nie ma miejsca. Nowy stół (powinien dotrzeć tuż przed świętami)- to dopiero będzie nietypowe połączenie z Ghostami, gdyż przeważnie widuje się takie krzesła w towarzystwie stołów rustykalnych, francuskich stołów antycznych lub stylizowanych, albo zupełnie nowoczesnych. Ale wiecie co? Im dalej w las tym mniej się przejmuję "czy coś do czegoś pasuje" i czy "jest w określonym stylu".

Z dwóch rodzajów połączeń: "biel i jasne drewno" lub "czerń i ciemne drewno" zdecydowanie bardziej wolę to drugie, ale ściany chciałabym mieć białe a podłogi bielone, bo uważam, że to jest właśnie idealne tło dla ciemnych akcentów. Obecna podłoga sprawia, że wszystko jest jakby osadzone mocno w ziemi, na jasnej lewitowałoby w powietrzu stanowiąc obiekty do kontemplacji ;P

Kolejna zasada, że "NIE NALEŻY MIESZAĆ RÓŻNYCH RODZAJÓW DREWNA" również mnie nie dotyczy. Powiem więcej- uważam, że należy mieszać, bo tylko wtedy udaje się osiągnąć coś wyjątkowego. Ja mam obecnie merbau, orzech, dąb, teak a jeszcze dojdzie mahoniowy stół  w nowoczesnym wydaniu (absolutnie nie szukałam stołu z tego gatunku drewna- po prostu tak wyszło)!

I chyba przygarnę kolejny dywan! Młodszego brata mojego babcinego egzotyka, również z łódzkiej fabryki Dywilan- leżał 25 lat na podłodze w pokoju dziennym moich Rodziców i jest zdecydowanie bardziej nowoczesny, a ja tylko czekałam na moment, aż Mama zechce się go pozbyć ;)

Na koniec jeszcze zdjęcie Panny Migotki, którą pozbawimy taniego blasku a nadamy jej szlachetnej matowości. Trzymajcie kciuki! :)










wtorek, 22 listopada 2016

Włoska robota- czyli historia o tym, jak zjeść ciastko i mieć ciastko.




Z czym kojarzą Wam się Włochy? Oczywiście z idealnymi wakacjami, podczas których możemy podziwiać piękno kultury antycznej, ale również z modą, luksusowymi autami i awangardowym designem. Włoski design należy do światowej czołówki ponieważ jest oryginalny, zaskakuje formą i materiałami, pozostając przy tym ponadczasowym, wybitnie funkcjonalnym i ma doskonałą jakość. Zapewne jest to wynik tego, że żaden inny naród, tak jak Włosi nie potrafi cieszyć się życiem- wszyscy słyszeliśmy przecież o włoskim temperamencie i zamiłowaniu do dobrego jedzenia. Nic więc dziwnego, że to właśnie Włosi zaprojektowali idealną kanapę z funkcją spania- w sam raz dla mnie ;P

Niewygodna rozkładana kanapa do spania w salonie jest zaletą tylko wtedy, gdy nie lubimy przyjmować gości. Nie trzeba nawet mówić tego na głos- wystarczy, że położymy ich spać a następnym razem głęboko się zastanowią zanim zdecydują się u nas przenocować. Niestety raczej regułą, a nie wyjątkiem, jest niewygoda sof z funkcją spania dostępnych na naszym rynku. Ja i mój M. rozpieszczeni kilkuletnim spaniem w małżeńskim łóżku w rodzinnej sypialni, stanęliśmy przed koniecznością przeniesienia się ze spaniem do pokoju dziennego. Poszukiwania kanapy rozpoczęły się oczywiście od jej wyglądu- miała być to sofa na wysokich smukłych nóżkach, inspirowana latami 60-tymi i stylem skandynawskim. Znalazłam idealną i w dobrej cenie w sklepie Agata Meble- delikatna, zgrabna, turkusowa. Nie spełniała jednak podstawowego warunku- nie nadawała się na małżeńskie łóżko codziennego użytku. No cóż, życie... Musiałam zapomnieć o designie, a skupić na tym co najważniejsze. Informacje o systemach rozkładania kanap w internecie bywają rozproszone i niepełne. Nie będę ich dokładnie analizować, wspomnę tylko o niewygodnych moim zdaniem opcjach takich jak: delfin, który posiadają moi rodzice; klasyczny wersalkowy klik-klak; alternatywny wersalkowy DL; wózek- jaki mieliśmy w naszej pierwszej sofie- twardej jak madejowe łoże; czy też easy lift- jaki posiadała nasza druga kanapa, która już po trzech latach miała na swojej powierzchni ukształtowaną topografię terenu z górami i dolinami uniemożliwiającymi komfortowy sen. 

Skupię się nad najwygodniejszym i moim zdaniem jedynym słusznym wyborze, czyli systemie włoskim i na informacjach o tym, jak odróżnić go od pozornie takiego samego systemu belgijskiego (zwanego też sedak), przez co obydwa są bardzo często mylone.

Zarówno system belgijski jak i system włoski mają budowę podobną do łóżka polowego- jednak stalowa konstrukcja systemu włoskiego jest o wiele masywniejsza i stabilniejsza niż systemu belgijskiego. W jednym i w drugim przypadku powierzchnię spania stanowi materac- jednak w systemie belgijskim jest to cieńszy materac piankowy, a w systemie włoskim- gruby materac ze sprężynami typu bonell. Stelaż na którym położony jest materac najlepiej, gdy zbudowany jest z elastycznych listew, jakie stosowane są w tradycyjnych łóżkach, chociaż w systemie belgijskim często znajdują się mniej stabilne taśmy. Niby to samo a różnica zasadnicza- na łóżku z systemem belgijskim śpi się jak na łóżku polowym (a wiem to na pewno, bo moi rodzice przez wiele lat spali na "belgijce"), a na łóżku z systemem włoskim jak na łóżku sypialnianym.



 To teraz spójrzcie, jak to działa:


























Kanapa rozkłada się tak łatwo i lekko jak żadna z dotychczas posiadanych. Wersja narożna byłaby wyposażona w pojemnik na pościel, jednak dla nas nie stanowi to problemu, ważne było uzyskanie miejsca na postawienie odnowionego fotela 366. Niestety cena kanapy jest o około 1/3 wyższa niż kanap z innymi systemami rozkładania, właśnie przez koszt materaca, który w sobie zawiera, z tego samego powodu jest to kanapa raczej masywna (dlatego wybraliśmy delikatnie szary kolor, który nie przyciąga do niej uwagi) i śpi się dość wysoko- jak na łóżkach na których sypiają Amerykanie. Nasza kosztowała 3800zł, ale nie żałuję tego wydatku, bo wiem, że przez najbliższych kilka lat będę spać po prostu wygodnie. Wspomnę jeszcze może o naszych poduszkach. Nie lubię spać, ani zbyt wysoko, ani zbyt nisko. Całe życie "formowałam" sobie poduszki wielokrotnie w ciągu nocy, a rano często zdarzało mi się wstawać z bólem karku. Mój K. kupił kiedyś poduszkę ergonomiczną w Ikea- oczywiście cena w porównaniu z cenami profesjonalnych poduszek tego typu od razu świadczyła o jej jakości. Poduszka była twarda i nie nadawała się do użytku. Mąż nie zrezygnował jednak z tego pomysłu. Liderem na rynku poduszek ergonomicznych jest Tempur- takie poduszki to wydatek ok. 400-500 zł, ale sprzedawca polecił mu poduszkę włoskiej marki Per Dormire, tańszą o połowę, a niewiele ustępującą jakością. Powiem Wam, że gdy tylko wypróbowałam tę poduszkę, kazałam Mężowi jechać natychmiast po taką samą dla mnie! Już nie budzę się w nocy by poprawić sobie poduszkę pod głową i zapomniałam co to poranny ból szyi.






Przygotowując tego posta przeczytałam w internecie, że aż 80% Polaków sypia tak jak my, na rozkładanych łóżkach w pokojach dziennych. Szczerze mówiąc zdziwiła mnie ta liczba, jeśli to jednak choć w dużym przybliżeniu prawda, mam nadzieję, że moje sugestie pomogą komuś w wyborze komfortowego składanego łóżka :)


PS. Wiecie jaki jest plus spania w salonie? Możliwość oglądania wieczorem w łóżku seriali HBO ;P







środa, 9 listopada 2016

To jeszcze nie koniec... zmiany w salonie i plany na przyszłość.

W mieszkaniu został mi już tylko do wymiany stół i szafka rtv, mogłabym jeszcze wymienić diabelskich synów na anielskie córki, a męża na takiego, który zarabia więcej pieniędzy. Właściwie to 6 lat temu mogłam zacząć właśnie od tego ostatniego, urządzanie poszłoby wtedy jak po maśle ;P

Oczywiście to żart, mojego męża nie wymieniłabym na żadnego innego- jest przystojny, inteligentny, pracowity, bardzo mnie kocha, a i do zakupów jakoś przywykł po pewnej poważnej awanturze. Co do diabłów tasmańskich to są tak śliczni, uroczy i zabawni, że ciągle nie mogę się powstrzymać od ich przytulania i całowania nawet wtedy, gdy na nich wrzeszczę, bo akurat bawią się w tornado!  

Pamiętam, jak wprowadzając się do tych pierwszych czterech kątów myślałam, że po 3 miesiącach zakończę projekt zwany "urządzaniem się", a potem będziemy żyli długo i szczęśliwie! O jakżeż się myliłam... Może nie uwierzycie, ale moim największym marzeniem jest zakończyć wreszcie tę udrękę, siąść na kanapie i powiedzieć głośno i dobitnie "DONE!!" Cała kasa szła by nareszcie na konto oszczędnościowe, by jak najszybciej rozpocząć następny, życiowy! projekt pod tytułem "DOM". Nie wiem jak ja to przeżyję... No bo o kasę przecież tu chodzi a nie o brak pomysłów... Jedno w tym wszystkim jest dobre, wiem (przynajmniej wydaje mi się), czego chcę, a czego już nie chcę. Sześć lat praktyki i lada moment 40-tka na karku, to chyba już wystarczająco długo, by przejść wszystkie (r)ewolucje w kształtowaniu się gustu.

Ostatecznie nazwałabym swój gust bezstylowym, jednak z powodu pejoratywnego wydźwięku tego słowa, nazywać go muszę eklektycznym. A eklektyzm eklektyzmowi przecież nierówny- powiedzmy takie eklektyczne boho, bogata mieszanka etnicznych wzorów i przedmiotów we wszystkich stylach i kolorach tęczy, jest dla mnie zbyt przytłaczający, tak samo jak eklektyczne wnętrza wypełnione różnej maści antykami z ciemnymi ścianami obwieszonymi nie kończącą się galerią obrazów o tematyce od profanum aż po sacrum (chociaż właśnie takie zestawienie sztuki we wnętrzu lubię).

To jaki jest ten mój wymarzony eklektyzm? W dużej mierze nowoczesny, jasny, przestrzenny, z czystymi liniami modernistycznych mebli, geometryczny, elegancki, pozornie przypadkowy, lecz raczej obsesyjnie uporządkowany, jak mój ulubiony obraz Marii Jaremy:


Penetracje 1956r.



Nie jestem ani fundamentalną minimalistką ani hedonistyczną maksymalistką... Jestem jak alchemik poszukujący kamienia filozoficznego, by przekształcić metal nieszlachetny w złoto. Moja magiczna formuła na stworzenie (przyszłego) IDEALNEGO DOMU brzmi tak:

*modernistyczna stodoła- prostokątny klocek z elewacją z desek i dwuspadzistym dachem, ogromnymi oknami w ciemnych aluminiowych ramach i pustką nad pokojem dziennym,

*podłogi z bielonego dębu we wzór francuskiej jodełki, wysokie i białe listwy podłogowe,

*na podłodze stary, orientalny dywan Babci Aliny,

*białe ściany,

*i ściany z czerwoną cegłą  z odzysku,

*stolik art deco w roli konsolki przy wejściu (tkwi w piwnicy u wujostwa),

*wielkoformatowe plakaty (polskie), grafiki, obrazy...

*szara sofa zarzucona tłumem multikolorowych poduszek,

*żółty fotel 366 po dziadkach w towarzystwie sofy i innych retro foteli,

*industrialny stolik

*gigantyczny otwarty regał, od ściany do ściany i od podłogi po sufit,  mieszczący wszystkie książki,
pamiątki i bibeloty, 

*kredensik w stylu mid century modern po Babci Marysi (oby żyła sto lat!) z kolekcją figurek polish new look z Ćmielowa, polskiego szkła i ceramiki z targów staroci,

*stół z egzotycznego palisandru stylizowany na lata 60-te, znalazłam już taki- to stół Kare Design, model Brooklyn (uwielbiam odcień drewna z którego były robione wtedy meble- palisander, teak, orzech),

*2 thonety i 2 krzesła z połowy XX w. (jeszcze raz- 100 lat dla Babci Marysi), a także Ghosty (!?),

*kosmiczne żyrandole w rodzaju sputnik chandelier,

*w kuchni szare, matowe, gładkie fronty  z retro uchwytami,

*nad blatem z betonu białe kwadratowe płytki 10x10cm,

*otwarte półki z eklektyczną kolekcją rustykalnych naczyń z Bolesławca (zmieniłam zdanie w kwestii otwartych półek w kuchni ;P)

*czarna lodówka Smeg,

*w sypialni boazeria z desek malowanych na biało,

*zagłówek łóżka z misternym ornamentem

*kwiecista pościel,

*rustyklane stoliki nocne,

*kinkiety Lucellino projektu Ingo Maurera,

*fotel 58 projektu Romana Modzelewskiego,

*kredens art deco (czeka na lepsze czasy razem ze stolikiem w piwnicy wujostwa),

*pokoje chłopaków w stylu loft- nie ma stylu bardziej odpowiedniego dla mężczyzn!

*łazienka z płytkami we wzór marmuru kararyjskiego i wolnostojąca wanną,

*i koniecznie- oranżeria z wiklinowymi meblami i lasem egzotycznych roślin...



Co wieczór przed snem spaceruję po tym wirtualnym domu, 
 siadam na kanapie lub przy stole, przestawiam bibeloty... 

Jesteście w stanie to wszystko sobie wyobrazić? 


To teraz czas zejść na ziemię i zobaczyć jak się sprawy mają w realnym życiu czyli w obecnym salonie! Niestety witryna z Ikea nie zostanie już zmieniona na nic bardziej stylowego w tym mieszkaniu. Kanapa miała być na smukłych nóżkach, ale że jej najważniejszą funkcją jest "funkcja spania" a nie wyglądania, zrezygnowaliśmy z designu na rzecz systemu włoskiego i prawdziwego materaca, dlatego jest taka masywna. Poszukuję też komody i stołu retro. Do dopracowania została jeszcze galeria nad kanapą. Obecny obraz akrylowy, plakat i grafika są mojego autorstwa (taka jestem zdolna? to raczej ekonomiczna wersja Do Art Yourself w moim stylu), a stara fotografia to 100-letnie zdjęcie rodzinne. Zestaw poduszek na kanapie też nie w pełni mnie zadowala- 2 z nich uszyte zostały z tkaniny bawełnianej upolowanej w second handzie.

























Taki to ten mój salonik- nie idealny, ciasny, ale własny (znaczy się w dużej części banku ;P)



 A na koniec jeszcze linki i sznurki dla zainteresowanych sztuką Marii Jaremy:



A kto uczył się plastyki w 8 klasie z podręcznika autorstwa Stanisława Stopczyka 
z tym obrazem Marii Jaremy na okładce? Przyznać się w komentarzach ;P

Penetracje 1957r.




Do następnego! M.